Takie buty

Dobrze jest chodzić. Ale w czym? 
 
– Fantastyczne buty! 
– Prawda? 
– Takie… wakacyjne. 
– Przed udarem oznaczały, że zaczynam wakacje. Bardzo je lubię. 
– Problem w tym, że pani stopa zachowuje się teraz inaczej, niż przed udarem. 
– Zauważyłam. 
– I teraz te buty pani bardzo utrudniają chodzenie. 
– Wiem.  
– Poszukajmy może lepszego rozwiązania. 
   
To były japonki. Chyba najgorsze „buty” dla osoby, która boryka się z zaburzeniem czucia i wzmożonym napięciem w obrębie kończyny dolnej. Taką rozmowę musiałam odbyć kilkakrotnie z moją pacjentką zanim pogodziła się z koniecznością zmiany obuwia .


Dla wielu osób, borykających się z chorobami neurologicznymi, chód nie jest czynnością automatyczną. Dodatkowo wzmożone (lub obniżone) napięcie, które często powoduje ustawienie stopy w inwersji (na zewnętrznej krawędzi) oraz brak kontroli czuciowej w obrębie kończyny (wymagana jest stała kontrola wzrokowe ustawienia) sprzyja powstawaniu urazów skrętnych w obrębie stawu skokowego. Właściwie dobrane obuwie pomoże  im zapobiegać, a ponadto może pomóc poprawić wzorzec chodu, a zatem codziennie wspierać proces terapii (tzw. podejście 24-godzinne). Zastanówmy się, na co zwrócić uwagę przy doborze butów?  
Jak zwykle nie ma tu jednej prostej odpowiedzi – wszystko zależy. Od możliwości pacjenta, zespołu neurologicznego, nasilenia objawów. Oraz – co najważniejsze – osobistych preferencji! Niektóre panie nie wyobrażają sobie wyjść „do ludzi” w tenisówkach, a do stroju sportowego nie będą pasowały eleganckie botki. Uważam, że to bardzo ważne, żeby pacjenci lubili przedmioty, które im towarzyszą na co dzień. Konieczne jest też rozdzielenie butów do chodzenia na zewnątrz od obuwia używanego w domu.  


Zacznijmy od czucia.  

Wielu pacjentów z uszkodzonym układem nerwowym ma zaburzenia czucia. Niekiedy jest ono całkowicie zniesione. Bardzo trudno jest prawidłowo ustawić kończynę, jeśli nie mamy bladego pojęcia o tym, jak ona jest umiejscowiona w przestrzeni. Wtedy warto sprawdzić, czy but sięgający za kostkę nie ułatwi pacjentowi poruszania się. Niekiedy założenie ciężkiego buta i dociążenie kończyny sprawi, że pacjent będzie lepiej wiedział, gdzie ona się znajduje, jak należy ją ustawić i, co najważniejsze, będzie mógł się na niej oprzeć (jak stanąć na czymś, czego mózg nie dostrzega?). Czasem zalecamy pacjentom chodzenie na bosaka po to, by dostarczyli sobie maksymalnej ilości bodźców (zmiana nawierzchni z wykładziny na płytki, ogrzewanie podłogowe, drobne nierówności na posadzce, to wszystko to ważna informacja dla układu czucia i mózg tych informacji bardzo potrzebuje; wręcz domaga się, by mu je dostarczać). Jednak dla pewnej grupy pacjentów przetworzenie takiej ilości bodźców jest niemożliwie – pojawia się przeczulica, albo napięcie mięśniowe staje się nie do opanowania, utrudniając bezpieczne poruszanie się. Wówczas nawet po domu powinien chodzić w obuwiu. I to najlepiej takim o dosyć sztywnej podeszwie. Warto jest sprawdzić, jakie buty umożliwiają bezpieczny chód, pamiętając, że w wielu sytuacjach mniej znaczy więcej. Mniejsza stabilizacja – większa stymulacja. Wszystko jednak w tym zakresie, który jest możliwy do przetworzenia przez układ nerwowy pacjenta.  

Napięcie.  

Podczas terapii z pacjentami walczymy o to, by wzorzec chodu jak najbardziej przypominał ten prawidłowy. Dzięki temu możemy poruszać się szybciej lub wolniej, uniknąć urazów czy zwyrodnień spowodowanych codziennym nieprawidłowym obciążaniem kończyny. Jednym z elementów, które wpływają na to, jak pacjent się porusza, jest napięcie mięśniowe. W zależności od choroby, może być ono podniesione (niemożliwe jest oparcie całej stopy na podłożu) lub obniżone (stopa opada i zaczepia o podłoże). W pierwszej sytuacji mięśnie łydki są w ciągłym napięciu, pacjent porusza się cały czas na palcach lub zewnętrznej krawędzi stopy. Nie obserwujemy u niego kontaktu pięty z podłożem ani przetoczenia, a energia, którą normalnie uzyskujemy przy wybiciu z palców w ogóle nie jest magazynowana. Chód jest wówczas wymagający energetycznie, trudno jest wykonać wykrok, a ponadto niemożliwe jest zapanowanie nad ciągle pojawiającym się przeprostem w stawie kolanowym. Rozwiązaniem może być niewielki obcas pod piętą. Dzięki niemu „wydłużymy nogę”, pojawi się kontakt pięty (obcasa) z podłogą, zyskamy przetoczenie oraz możliwe będzie zapanowanie na przeprostem w kolanie.  
W przypadku niskiego napięcia w obrębie kończyn dolnych, kiedy trudno jest przenieść nogę i nie zaczepić o stopień, krawężnik czy nawet ziarnko piasku na drodze, a chód w terenie staje się nieprzyjemnie trudny, warto spróbować ustabilizować staw skokowy. Możemy to zrobić zakładając but za kostkę lub dobierając odpowiednie zaopatrzenie ortopedyczne (wyboru jednak powinien dokonać specjalista). Nie zapominajmy jednak o tym, że niskie napięcie często oznacza niewielką siłę, czyli buty w tej sytuacji nie powinny być za ciężkie.  Najlepszym rozwiązaniem jest wypróbowanie różnych wersji. W tej sytuacji praktyka jest istotniejsza od teorii.  

Zaopatrzenie ortopedyczne 

 Niekiedy dobór właściwego obuwia jest ograniczony ze względu na wykorzystanie z różnego rodzaju zaopatrzenia. W przypadku podciągu na opadającą stopę musimy mieć możliwość wplecenia go między sznurówki, a typowa orteza AFO po prostu ma się zmieścić do środka i nie uwierać. Dodatkowo ważna jest samodzielność w obieraniu się, również przy zakładaniu obuwia. Dlatego rodzaj zapięcia trzeba dostosować do możliwości manualnych. Czasem wystarczy zmiana sposobu wiązania sznurówek, by móc nosić eleganckie oksfordki, niekiedy jednak konieczna będzie ich wymiana na mokasyny.  

Buty adaptowane 

W niektórych sytuacjach konieczna może być niewielka przeróbka obuwia: wymiana zelówki (dla zmniejszenia/zwiększenia tarcia), dorobienie lub wyprofilowanie obcasa czy wymodelowanie wkładki. Takie przeróbki robią szewcy, jednak trzeba wiedzieć dokładnie, czego od nich oczekujemy.  
 
Ze wspomnianą na początku pacjentką ostatecznie wybrałyśmy buty, które są dla niej wygodne i bezpieczne. Po mieszkaniu porusza się w dosyć sztywnych sandałach, które dobrze trzymają jej piętę, izolując ją od chłodnych kafelków. Poza domem używa botków na niewielkim obcasie, które zabezpieczają jej staw skokowy przed skręceniem na nierównym podłożu i ułatwiają pełne obciążenie kończyny przy skróconych mięśniach w obrębie łydki. Od tamtej pory nie zakłada już japonek. Nosi buty, jakie lubi, a jednocześnie codziennie wspiera naszą terapię  

W powyższym artykule wielokrotnie używałam słów „możliwe”, „powinniśmy spróbować”, „prawdopodobnie”, gdyż każdy pacjent jest inny. Coś, co zadziała u jednej osoby z pewnych przyczyn u innej może przynieść zupełnie odwrotny skutek.  W chorobach neurologicznych spektrum objawów jest bardzo szerokie, a ja starałam się opisać najważniejsze aspekty wyboru butów dla osób z uszkodzeniem układu nerwowego. Są to wskazówki, czym się kierować. Może pomysł na zmianę stylu na taki mniej „oddziałowy”. Zawsze warto jest wypróbować kilka możliwości i wybrać najwygodniejszą i najbezpieczniejszą.  A w razie konieczności skonsultować się ze specjalistą.  
 
 
 

To ile razy mam to wykonać? Czyli o powtarzaniu ćwiczeń.

Czy 10 000 powtórzeń to wciąż „złoty standard” w neurorehabilitacji, czy tylko puste hasło? 

W środowisku fizjoterapeutów neurologicznych trudno znaleźć bardziej rozpoznawalne hasło niż „10 000 powtórzeń dla utrwalenia wzorca”. Dla jednych jest ono symbolem skutecznej terapii opartej na neuroplastyczności, dla innych – uproszczeniem, które bardziej przypomina slogan marketingowy niż rzeczywiste zalecenie kliniczne. 

Czy rzeczywiście istnieje magiczna liczba powtórzeń, która gwarantuje poprawę funkcji? A może najnowsze dowody naukowe pokazują, że liczy się coś więcej niż sama ilość? Skąd wzięło się „10000 powtórzeń”? Idea dużej liczby powtórzeń wywodzi się z badań nad neuroplastycznością, czyli zdolnością układu nerwowego do reorganizacji pod wpływem doświadczenia. Już pod koniec XX wieku badania eksperymentalne pokazały, że mózg nie zmienia się jedynie dlatego, że pacjent „ćwiczy”. Zmienia się wtedy, gdy wykonuje często powtarzane, celowe i znaczące zadania

Jednym z najczęściej cytowanych autorów jest Kleim i Jones (2008), którzy opisali dziesięć zasad neuroplastyczności, m.in.: 

  • use it or lose it (na nasze: organ nieużywany zanika),  
  • use it and improve it (wykorzystuj i poprawiaj),  
  • specyficzność treningu,  
  • odpowiednią intensywność,  
  • powtarzalność,  
  • istotność wykonywanego zadania,  
  • aktywne zaangażowanie.  

Warto zauważyć, że wśród tych zasad nie pojawia się konkretna liczba powtórzeń. Autorzy podkreślają konieczność odpowiedniej dawki terapii, ale nie definiują jej jako 10 000 ruchów dziennie. 

Skąd więc liczba 10 000? 

Prawdopodobnie z obserwacji badań nad zachowaniem zdrowych osób oraz zwierząt. 

W naturalnym środowisku zdrowy człowiek wykonuje setki, a nawet tysiące ruchów kończyną górną każdego dnia. Tymczasem badania obserwacyjne terapii poudarowej pokazały, że podczas typowej sesji rehabilitacji pacjent wykonuje często jedynie 30–60 funkcjonalnych powtórzeń, a czasem nawet mniej. 
Badania zespołu Lang i wsp. wykazały ogromną różnicę między liczbą ruchów wykonywanych w codziennym życiu a tym, co dzieje się podczas standardowej rehabilitacji. To właśnie te publikacje zapoczątkowały dyskusję o konieczności zwiększenia intensywności terapii. 
Hasło „10 000 powtórzeń” miało więc przede wszystkim zwrócić uwagę na problem zbyt małej dawki terapii, a nie stanowić sztywny cel terapeutyczny. 

Co mówi Evidence-Based Medicine? 

Systematyczne przeglądy oraz metaanalizy są zgodne w jednym: 
większa intensywność terapii zwykle przynosi lepsze efekty, jednak zależność ta nie jest liniowa i nie sprowadza się wyłącznie do liczby wykonanych ruchów. Badania pokazują, że skuteczność terapii zależy od kilku elementów jednocześnie: 

  • odpowiedniej liczby powtórzeń,  
  • specyficzności wykonywanego zadania,  
  • aktywnego udziału pacjenta,  
  • odpowiedniego poziomu trudności,  
  • informacji zwrotnej,  
  • motywacji,  
  • możliwości odpoczynku.  

Innymi słowy – 10 000 przypadkowych ruchów nie będzie bardziej skuteczne niż 200 dobrze zaplanowanych powtórzeń funkcjonalnego zadania. Neuroplastyczność nie liczy tylko ruchów. Neuroplastyczność jest procesem biologicznym. Aby doszło do trwałej reorganizacji kory mózgowej, potrzebne są: 

  • aktywacja odpowiednich sieci neuronalnych,  
  • powtarzalne wykonywanie konkretnego zadania,
  • aktywność musi być wyzwaniem,  
  • motywacja,  
  • uwaga,  
  • znaczenie wykonywanej czynności dla pacjenta.  

Dlatego dwa identyczne treningi mogą wywołać zupełnie różne efekty, jeśli jeden pacjent wykonuje ćwiczenia automatycznie, a drugi aktywnie rozwiązuje problem ruchowy. To właśnie dlatego współczesna neurorehabilitacja coraz częściej odchodzi od prostego liczenia powtórzeń na rzecz planowania dawki terapii (therapy dosage). Co na to metody neurorozwojowe? 
Często można spotkać opinię, że metody neurorozwojowe nie wpisują się w ideę intensywnego treningu. To jednak duże uproszczenie. 

Koncepcja Bobath 

Współczesne podejście Bobath znacząco różni się od tego sprzed kilkudziesięciu lat. Obecnie podkreśla się: 

  • aktywne uczestnictwo pacjenta,  
  • trening zorientowany na zadanie funkcjonalne,  
  • zmienność środowiska (zwane przez niektórych powtórzeniami bez powtórzeń),  
  • rozwiązywanie problemów ruchowych,  
  • intensywną praktykę funkcjonalną.  

Terapeuta nie wykonuje ruchu za pacjenta, lecz stwarza warunki do jego samodzielnego wykonania. 

Koncepcja PNF 

PNF również opiera się na wielokrotnym wykonywaniu ruchów funkcjonalnych, wykorzystując: 

  • opór,  
  • odpowiednią informację zwrotną,  
  • torowanie,  
  • pracę nad konkretnym, znaczącym dla pacjenta zadaniem.  

Powtarzalność jest tu jednym z filarów terapii, ale nigdy nie stanowi celu samego w sobie. 

CIMT, task-oriented training i motor learning 

Warto też wspomnieć o terapii wymuszonej koniecznością, treningu zorientowanym na zadanie i nauczaniu motorycznym.  Nie są to oddzielne koncepcje, raczej metody pracy wywodzące się ze zrozumienia neurofizjologii, a co za tym idzie – wspierania rozwoju nowych sieci neuronalnych.  Łączy je 

  • bardzo duża liczba powtórzeń, 
  • zadania funkcjonalne,  
  • wysoka aktywność pacjenta,  
  • progresja trudności,  
  • praktyka ukierunkowana na cel.  

W żadnym z tych podejść nie znajdziemy jednak zapisu, że 10 000 powtórzeń jest obowiązkowym standardem. 

A co mówią wytyczne kliniczne? 

Najnowsze wytyczne dotyczące rehabilitacji po udarze, opracowane przez organizacje takie jak: American Heart Association (AHA), American Stroke Association (ASA), European Stroke Organisation (ESO),  konsekwentnie rekomendują: 

  • wysoką intensywność terapii,  
  • trening zadaniowy,  
  • aktywne uczestnictwo pacjenta,
  • odpowiednią dawkę rehabilitacji,
  • indywidualizację postępowania. 

Nie wskazują jednak konkretnej liczby powtórzeń jako obowiązującego standardu. Czy więc warto liczyć powtórzenia? Tak. Liczenie powtórzeń może być bardzo dobrym narzędziem monitorowania intensywności terapii.  Jeżeli podczas 45-minutowej terapii pacjent wykona 20 kroków,  15 sięgnięć i kilka zmian pozycji,  to trudno mówić o odpowiedniej dawce bodźców dla mózgu. 
Jeżeli jednak wykona 250–400 kroków, 200 funkcjonalnych sięgnięć,  wielokrotne zmiany pozycji (np. ze stania do siadu) oraz trening równowagi w różnych warunkach,  szansa na wywołanie zmian neuroplastycznych znacząco wzrasta. 
Nie dlatego, że przekroczono magiczną liczbę, lecz dlatego, że zwiększono ilość celowej praktyki

Podsumowanie 

Hasło „10 000 powtórzeń dziennie” odegrało ważną rolę w rozwoju nowoczesnej neurorehabilitacji. Zwróciło uwagę na fakt, że wielu pacjentów otrzymuje zbyt małą dawkę aktywnej terapii, aby w pełni wykorzystać potencjał neuroplastyczności. 

Jednocześnie współczesna medycyna oparta na faktach pokazuje, że nie istnieje jedna uniwersalna liczba powtórzeń, która gwarantuje sukces terapeutyczny. Liczy się przede wszystkim jakość praktyki – jej celowość, funkcjonalność, odpowiedni poziom trudności, zaangażowanie pacjenta i systematyczność. 

Dlatego zamiast pytać: „Czy pacjent wykonał dziś 1000 ruchów?”, warto zadać inne pytanie: 

Czy dzisiejsza terapia dostarczyła wystarczająco intensywnych, funkcjonalnych i angażujących bodźców, aby mózg miał powód do zmiany? 

Wybrane piśmiennictwo (EBM) 

  1. Kleim JA, Jones TA. Principles of Experience-Dependent Neural Plasticity: Implications for Rehabilitation After Brain Damage. Journal of Speech, Language, and Hearing Research. 2008.  
  1. Lang CE, MacDonald JR, Reisman DS i wsp. Observation of amounts of movement practice provided during stroke rehabilitation. Archives of Physical Medicine and Rehabilitation. 2009.  
  1. Winstein CJ, Stein J, Arena R i wsp. Guidelines for Adult Stroke Rehabilitation and Recovery. 2016 (z późniejszymi aktualizacjami).  
  1. Veerbeek JM i wsp. Effects of Different Physical Therapy Interventions on Recovery of Function After Stroke: A Systematic Review and Meta-analysis.  
  1. Cochrane Collaboration – przeglądy dotyczące intensywności rehabilitacji poudarowej i treningu zadaniowego. 

Czy walka ze spastycznością zawsze powinna być Twoim priorytetem w planowaniu terapii?

„Spastyczność” to jedno z tych słów, które w neurologii odmieniane jest przez wszystkie przypadki. 

„Pacjent jest spastyczny.” 
„Najpierw trzeba zmniejszyć spastyczność.” 
„Spastyka nie pozwala mi normalnie funkcjonować” 

Tylko… czy na pewno? 

A może czasem walczymy z czymś, czego tak naprawdę u pacjenta nie ma? Nie każde zwiększone napięcie mięśniowe to spastyczność .To chyba jeden z najczęstszych błędów w codziennej praktyce. Pacjent ma sztywną kończynę. Stawia opór podczas ruchu. Trudno wyprostować łokieć albo kolano…Automatycznie pojawia się etykieta: 
„spastyczność”. 

Tymczasem zwiększony opór podczas ruchu może wynikać z wielu różnych przyczyn. 

Może to być między innymi: 

  • skrócenie tkanek miękkich,  
  • zmniejszona podatność mięśni,  
  • przykurcz,  
  • zmiany właściwości powięzi,  
  • ból,  
  • współskurcz mięśni,  
  • dystonia,  
  • sztywność (rigidity),  
  • albo właśnie spastyczność.  

To nie są synonimy. 

Jeśli nie wiemy, z czym mamy do czynienia, trudno dobrać właściwe postępowanie. Czym właściwie jest spastyczność? Przez wiele lat cytowano definicję Lance’a z 1980 roku: 

Spastyczność jest zaburzeniem ruchu dającym reakcje aktywności mięśniowej zależnej od prędkości ruchu oraz wygórowanie odruchów”. 

To była definicja przełomowa, ale dziś wiemy, że nie opisuje całego problemu. 

W ostatnich latach eksperci zrzeszeni w SPASM Consortium zaproponowali szersze spojrzenie na tzw. dodatnie objawy zespołu uszkodzenia górnego neuronu ruchowego (Upper Motor Neuron Syndrome, UMNS). Podkreślają oni, że spastyczność jest tylko jednym z elementów obrazu klinicznego, a zwiększony opór podczas ruchu może mieć zarówno podłoże nerwowe (neural), jak i mechaniczne (non-neural). 

Innymi słowy: 
to, co czujesz pod ręką podczas badania, nie zawsze mówi Ci, że problemem jest nadmierna aktywność odruchowa. 
Dlaczego to takie ważne? Bo sposób leczenia zależy od przyczyny. Jeżeli opór wynika głównie z: 

  • zmian mechanicznych,  
  • przebudowy mięśnia,  
  • skrócenia tkanek,  

to kolejne techniki „hamowania spastyczności” prawdopodobnie niewiele zmienią. 

Z drugiej strony, jeśli dominującym problemem rzeczywiście jest nadmierna pobudliwość odruchowa, wtedy leczenie farmakologiczne, toksyna botulinowa czy odpowiednio dobrane strategie terapeutyczne mogą przynieść realne korzyści. Najpierw diagnoza. Dopiero później terapia. 

Czy każdą spastyczność trzeba zmniejszać? To pytanie może być jeszcze ważniejsze. Bo odpowiedź brzmi: to zależy. 

Spastyczność sama w sobie nie jest chorobą. Jest objawem. A objawy leczymy wtedy, kiedy rzeczywiście pogarszają funkcjonowanie pacjenta. W praktyce warto zadać sobie kilka pytań: 

  • Czy spastyczność ogranicza wykonywanie konkretnego zadania?  
  • Czy powoduje ból?  
  • Czy utrudnia higienę?  
  • Czy przeszkadza w ubieraniu?  
  • Czy zwiększa ryzyko upadku?  
  • Czy uniemożliwia terapię fukcjonalną?  

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to być może nie jest to problem numer jeden. Czasem spastyczność… pomaga. To temat, który nadal budzi emocje.Wyobraź sobie pacjenta po ciężkim udarze, z bardzo osłabionymi prostownikami kończyny dolnej. Wyprostne ustawienie kolana wynikające z podwyższonego napięcia może pozwalać mu utrzymać pozycję stojącą lub wykonać kilka kroków. 

Czy oznacza to, że spastyczność jest dobra?  Absolutnie nie. 
Ale oznacza, że jej gwałtowne zmniejszenie może paradoksalnie pogorszyć funkcję. 
Badania pokazują, że redukcja spastyczności nie zawsze przekłada się na poprawę aktywności czy jakości chodu. To dlatego współczesne wytyczne podkreślają, że celem leczenia powinny być konkretne cele funkcjonalne, a nie sama zmiana napięcia mięśniowego. 

To funkcja powinna prowadzić terapię 

Evidence-Based Medicine coraz wyraźniej pokazuje, że samo zmniejszenie napięcia mięśniowego nie gwarantuje poprawy sprawności. Możemy uzyskać piękny wynik w skali oceniającej napięcie. Ale jeśli pacjent nadal nie potrafi wstać z krzesła, sięgnąć po kubek czy przejść do łazienki, trudno mówić o sukcesie terapii. 
Dlatego coraz częściej mówi się o przejściu od pytania: 
„Jak zmniejszyć spastyczność?” 
do pytania: 
Co ogranicza funkcję tego konkretnego pacjenta?” 

A to jest zupełnie inna perspektywa!

Czy lustro może pomóc pacjentowi po udarze?

Dlaczego nie każdy pacjent neurologiczny potrafi wykorzystać feedback z lustra? O ograniczeniach terapii lustrzanej, o których mówi się zbyt rzadko 

Terapia lustrzana (Mirror Therapy) od lat zajmuje ważne miejsce w neurorehabilitacji. Pierwotnie była wykorzystywana u pacjentów z bólem fantomowych, teraz zyskuje popularność w terapii osób po udarze. Prawdopodobnie odpowiednio prowadzona może poprawiać funkcję kończyny, zmniejszać ból i wspierać proces reorganizacji ośrodkowego układu nerwowego, poprzez “oszukiwanie” mózgu.  

Jednak w praktyce klinicznej wielu fizjoterapeutów spotyka się z sytuacją, w której pacjent „nie czuje działania lustra”, nie potrafi skupić uwagi na odbiciu lub wręcz odrzuca iluzję ruchu. 

Zdjęcie jest wygenerowane, bo akurat moi pacjenci są z tych, którzy z lustra nie mogą korzystać. Dlaczego? o tym w tekście poniżej.

Niejeden pacjent nie jest zdolny do wykorzystania informacji zwrotnej dostarczanej przez lustro. 

Lustro nie leczy – ono dostarcza informacji 

To jedna z najważniejszych rzeczy, o której warto pamiętać. 

Lustro nie jest bodźcem terapeutycznym samo w sobie. Jest jedynie źródłem feedbacku wzrokowego, który mózg musi: 

  • zauważyć, 
  • zinterpretować, 
  • porównać z oczekiwanym ruchem, 
  • zintegrować z informacjami proprioceptywnymi i somatosensorycznymi, 
  • wykorzystać do modyfikacji planowania ruchu. 

Zobaczcie, jak wiele jest to procesów poznawczych! 

Jeżeli którykolwiek z tych etapów jest zaburzony, skuteczność terapii będzie znacznie ograniczona. 

1. Zaburzenia uwagi – pacjent patrzy, ale nie obserwuje 

Jednym z najczęściej pomijanych ograniczeń są deficyty uwagi, które często nas (mam tu na myśli i terapeutów, jak i opiekunów) niezwykle frustrują.  

Pacjent po udarze często ma trudność z utrzymaniem koncentracji przez kilka minut. W praktyce wygląda to tak, że wzrok wędruje po pomieszczeniu, pacjent odwraca głowę, przestaje analizować odbicie lub automatycznie patrzy na zdrową kończynę zamiast na jej obraz w lustrze. 

Dla terapeuty może wyglądać to jak brak motywacji, podczas gdy w rzeczywistości problem dotyczy przetwarzania informacji. 

W takiej sytuacji skuteczniejsze będą krótsze serie ćwiczeń oraz częste przypominanie o skupieniu uwago. 

2. Zaniedbywanie połowicze (neglect) 

To jedno z największych wyzwań podczas terapii lustrzanej. 

Pacjent z zaniedbywaniem stronnym dosłownie nie zwraca uwagi na przestrzeń, w której znajduje się odbicie kończyny. 

Paradoksalnie właśnie u tych pacjentów terapia lustrzana może przynosić korzyści, jednak wymaga odpowiedniego prowadzenia i zwykle powinna być elementem szerszego programu rehabilitacji, a nie jedyną metodą terapeutyczną. Aktualne przeglądy wskazują na poprawę zaniedbywania i funkcjonowania w czynnościach dnia codziennego, ale jednocześnie podkreślają niewielką liczbę badań oraz konieczność indywidualizacji terapii. 

Nie zawsze pacjent dostrzeże w lustrze swoje błędy….

3. Zaburzenia funkcji wzrokowo-przestrzennych 

Nie każdy pacjent prawidłowo interpretuje odbicie lustrzane. 

Problemy mogą dotyczyć: 

  • orientacji przestrzennej, 
  • rozpoznawania stron ciała, 
  • percepcji głębi, 
  • integracji bodźców wzrokowych. 

Jeżeli mózg nie potrafi poprawnie odczytać obrazu, iluzja ruchu nie powstanie, a bez niej wykorzystanie lustra jest bezcelowe. 

4. Zaburzenia poznawcze 

Feedback z lustra wymaga aktywnego zaangażowania procesów poznawczych. 

Pacjent powinien rozumieć: 

  • cel ćwiczenia, 
  • zasadę działania lustra, 
  • zależność pomiędzy ruchem zdrowej kończyny a iluzją ruchu kończyny porażonej. 

U osób z otępieniem lub zaburzeniami funkcji wykonawczych terapia może wymagać znacznie prostszych instrukcji lub nawet okazać się niewłaściwym wyborem. 

5. Zaburzony obraz własnego ciała 

Jednym z mniej oczywistych ograniczeń jest zaburzenie reprezentacji ciała. 

Niektórzy pacjenci nie identyfikują odbicia jako własnej kończyny lub zgłaszają uczucie „obcej ręki”, dyskomfort albo dezorientację. 

Jeżeli mózg nie akceptuje odbicia jako części własnego ciała, mechanizm terapii zostaje osłabiony. 

6. Anozognozja – kiedy pacjent nie dostrzega własnego deficytu 

Szczególną grupę stanowią pacjenci z anozognozją. 

Jeżeli osoba nie ma świadomości niedowładu, trudno oczekiwać, aby wykorzystała informację zwrotną pokazującą różnicę pomiędzy oczekiwanym a rzeczywistym wykonaniem ruchu. 

Badania nad rehabilitacją anozognozji nadal są ograniczone, a terapia lustrzana jest jedynie jedną z eksperymentalnych metod wspomagających. 

7. Nadmierne obciążenie poznawcze 

Czasami problem nie leży w pacjencie, ale w sposobie prowadzenia terapii. 

Jeżeli jednocześnie prosimy chorego o: 

  • wykonywanie ruchu, 
  • obserwowanie lustra, 
  • liczenie powtórzeń, 
  • kontrolowanie oddechu, 
  • utrzymanie równowagi, 

to łatwo przekroczyć możliwości jego układu nerwowego. 

Mózg wybiera wtedy najprostsze rozwiązanie – rezygnuje z przetwarzania części informacji. Mniej bodźców bardzo często oznacza lepsze efekty. Co zatem warto ocenić przed rozpoczęciem terapii? 

Zanim ustawisz lustro, odpowiedz sobie na kilka pytań: 

  • Czy pacjent potrafi utrzymać uwagę przez kilka minut? 
  • Czy rozumie cel ćwiczenia? 
  • Czy nie występuje znaczny neglect? 
  • Czy obserwuje odbicie przez cały czas? 
  • Czy akceptuje iluzję ruchu? 
  • Czy poziom trudności zadania jest adekwatny do jego możliwości poznawczych? 
  • Oraz – jaki jest cel terapeutyczny? Bowiem, jeśli chcemy żeby pacjent lepiej poczuł własne ciało, to lustro będzie mu przeszkadzać 

Odpowiedzi na te pytania często decydują o powodzeniu terapii bardziej niż sam wybór ćwiczeń. 

Najważniejszy wniosek?

Terapia z wykorzystaniem lustra nie polega wyłącznie na postawieniu go przed pacjentem. 

Jej skuteczność zależy od zdolności mózgu do wykorzystania informacji wzrokowej. Dlatego przed rozpoczęciem ćwiczeń warto ocenić nie tylko zakres ruchu czy siłę mięśniową, ale również uwagę, funkcje poznawcze, percepcję wzrokowo-przestrzenną oraz świadomość własnego ciała. 

Dopiero wtedy feedback z lustra ma szansę stać się narzędziem wspierającym neuroplastyczność, a nie jedynie gadżetem do terapii. 

Skale w fizjoterapii

Narzędzia, które wspierają.
Pacjenta, terapeutę i badaczy.

W codziennej praktyce fizjoterapeuty bardzo łatwo wpaść w pułapkę oceniania postępów pacjenta „na oko”. W końcu doświadczenie podpowiada nam, że pacjent chodzi lepiej, łatwiej wstaje z krzesła czy sprawniej używa kończyny górnej. Intuicja kliniczna jest niezwykle cenna, jednak współczesna fizjoterapia oparta na Evidence-Based Medicine (EBM) wymaga czegoś więcej. Potrzebujemy obiektywnych, powtarzalnych i zwalidowanych narzędzi, które pozwalają mierzyć funkcję, monitorować efekty terapii i komunikować się z innymi specjalistami jednym językiem. 
Takimi narzędziami są właśnie skale i testy funkcjonalne
Paradoksalnie wielu terapeutów traktuje je jako przykry obowiązek lub element dokumentacji. Tymczasem dobrze dobrana skala potrafi całkowicie zmienić sposób planowania terapii. 

Dlaczego warto stosować skale? 

Wyobraźmy sobie dwóch fizjoterapeutów oceniających tego samego pacjenta po udarze. Pierwszy zapisuje: 
„Pacjent chodzi lepiej.” 
Drugi: 
Berg Balance Scale: 31 → 43 pkt  
Timed Up and Go: 29 s → 18 s  
Rivermead Motor Assessment: poprawa o 5 punktów  
10-Meter Walk Test: wzrost prędkości z 0,42 do 0,71 m/s  

Obaj zauważyli poprawę. Jednak tylko drugi jest w stanie ją udokumentować, porównać z wynikami badań naukowych oraz pokazać pacjentowi rzeczywistą zmianę. To właśnie największa siła skal. 

Co właściwie mierzy skala? 

Nie istnieje jedna uniwersalna skala oceniająca wszystko. Poszczególne narzędzia badają różne aspekty funkcjonowania: 
siłę mięśniową,  
napięcie mięśniowe,  
równowagę,  
chód (jakość oddzielnie z tempem i bezpieczeństwem),
sprawność kończyny górnej,  
niezależność funkcjonalną,  
ból,  
ryzyko upadku,  
wydolność wysiłkową,
i wreszcie… jakość życia (bo to jest celem nadrzędnym)

Dlatego pierwszym pytaniem terapeuty nie powinno być: 
Jakiej skali użyć? ale raczej:
Na jakie pytanie kliniczne chcę odpowiedzieć? 

Dobra skala to nie tylko liczba 

W EBM mówi się o kilku najważniejszych właściwościach narzędzi pomiarowych. 
Trafność (Validity) 
Czy test rzeczywiście mierzy to, co deklaruje? Jeżeli skala ma oceniać równowagę, nie powinna być jedynie pośrednim wskaźnikiem siły mięśniowej. 
Rzetelność (Reliability) 
Czy wynik będzie podobny, jeśli badanie zostanie powtórzone? Mówimy tutaj zarówno o: 
zgodności między terapeutami (czy wynik będzie zbliżony niezależnie od tego, kto bada?),  
zgodności tego samego terapeuty (czy wynik testu jest powtarzalny, czy subiektywne wrażenie może go zaburzyć?),  
powtarzalności pomiaru.  
Czułość na zmianę (Responsiveness) 
To jedna z najważniejszych cech. Niektóre skale świetnie opisują stan pacjenta, ale słabo wykrywają niewielkie postępy. A przecież właśnie małe zmiany często decydują o sukcesie rehabilitacji. Tym bardziej w neurologii, gdzie na sukces składa się suma maleńkich kroczków.
Minimal Detectable Change (MDC)
Najmniejsza zmiana większa od błędu pomiarowego. Jeżeli pacjent poprawił wynik o 1 punkt, ale MDC wynosi 3 punkty, nie możemy mieć pewności, że rzeczywiście nastąpiła poprawa. 
Minimal Clinically Important Difference (MCID) 
To jeszcze ciekawsze pojęcie, oznacza najmniejszą zmianę, którą pacjent rzeczywiście odczuwa jako poprawę funkcjonowania. Może się okazać, że wynik statystycznie się poprawił, ale dla chorego jego życie praktycznie się nie zmieniło (co jest często problemem w komunikacji pomiędzy terapeutą, a pacjentem).

Najczęściej wykorzystywane skale w fizjoterapii 

1. Berg Balance Scale (BBS) 
Jedna z najlepiej przebadanych skal oceny równowagi. Składa się z 14 zadań wykonywanych podczas codziennych aktywności. Sprawdza się między innymi u: 
pacjentów po udarze, osób starszych oraz chorych neurologicznych.  
Zaletą jest wysoka rzetelność i bardzo dobra znajomość wartości prognostycznych. 
Jednak jej ograniczeniem może być tzw. efekt sufitu – u sprawniejszych pacjentów przestaje różnicować poziom funkcji. 

2. Timed Up and Go (TUG) 
Prawdopodobnie jeden z najprostszych testów. Pacjent: wstaje z krzesła, przechodzi 3 metry, zawraca i na koniec siada. Całość mierzymy stoperem, choć ja najchętniej go nagrywam, bo przy okazji mogę też ocenić zmianę jakości ruchu w czasie. Test dostarcza informacji dotyczących mobilności, równowagi i co najważniejsze: ryzyka upadku.  Jego ogromną zaletą to, że bardzo szybko się go wykonuje. 

3. Rivermead Motor Assessment (RMA) 
RMA została opracowana z myślą o ocenie powrotu funkcji ruchowych po udarze mózgu i nadal pozostaje jednym z najbardziej użytecznych narzędzi w neurorehabilitacji. Skala obejmuje trzy obszary: 
funkcję kończyn dolnych i tułowia,  
funkcję kończyn górnych,  
ruchy precyzyjne dłoni.  

Każde zadanie oceniane jest w sposób binarny (wykonane / niewykonane), co zwiększa prostotę i powtarzalność oceny, ponadto ułożone są od najłatwiejszych do najtrudniejszych, obrazując ogólny zarys kierunku terapii. RMA dobrze odzwierciedla stopniowe odzyskiwanie funkcji motorycznych i pozwala monitorować zmiany w czasie, szczególnie u pacjentów w fazie podostrej rehabilitacji poudarowej. 

4. Modified Ashworth Scale (MAS) 
Jedna z najczęściej stosowanych skal oceny zwiększonego oporu podczas biernego ruchu.  Tylko dlatego znalazła się w tym zestawieniu. Klinicznie niewiele wnosi, a różnice w ocenie pomiędzy badaczami są na tyle znaczne, że trudno jest na niej polegać. Należy pamiętać, że pomimo jest popularna, to: 
nie mierzy bezpośrednio spastyczności,  
ocenia opór ruchu biernego,  
wynik może być zależny od prędkości badania i doświadczenia terapeuty.  

Właśnie dlatego coraz częściej podkreśla się, że sama MAS nie powinna być jedynym narzędziem oceny zaburzeń napięcia mięśniowego, a ja osobiście rzadko z niej korzystam. 

5. 10-Meter Walk Test 
Niezwykle prosty test. Mierzy prędkość chodu, wydolność lokomocyjną oraz możliwość funkcjonowania w środowisku.  Prędkość chodu uznawana jest wręcz za jeden z najważniejszych wskaźników sprawności funkcjonalnej i przeżycia u osób starszych. 
Jego ograniczeniem jest natomiast konieczność posiadania odpowiednio dużej przestrzeni, co na przykład w terapii domowej jest bardzo istotnym czynnikiem.

6. 6-Minute Walk Test 
Ocena wydolności funkcjonalnej. Najczęściej stosowana w neurologii, ortopedii, kardiologii, pulmonologii. Pozwala ocenić rzeczywiste możliwości pacjenta podczas dłuższego wysiłku. 

7. Functional Independence Measure (FIM) 
Jedno z najbardziej kompleksowych narzędzi oceny samodzielności. Obejmuje samoobsługę, lokomocję, komunikację, funkcje poznawcze.  Choć jego stosowanie wiąże się z koniecznością odpowiedniego przeszkolenia, pozostaje złotym standardem oceny niezależności funkcjonalnej w wielu ośrodkach rehabilitacyjnych. 

Warto jest korzystać z walidowanych, rekomendowanych przez KIF testów do oceny poszczególnych parametrów motorycznych. Każdy czynny fizjoterapeuta przez portal ma dostęp do tego opracowania.

Czy zatem więcej skal oznacza lepszą ocenę? 

Niekoniecznie. Częstym błędem jest wykonywanie kilkunastu testów podczas jednej wizyty. Pacjent jest wtedy zmęczony, terapeuta nie analizuje wyników, a dokumentacja staje się celem samym w sobie. Ponadto dobrze jest, kiedy nawet po pierwszym spotkaniu dobrze jest zostawić klienta z zadaniem do wykonania, a samo testowanie, choć wazne, z punktu widzenia pacjenta niewiele wnosi.
Dlatego znacznie lepszym rozwiązaniem jest wybór 2–4 narzędzi, które odpowiadają na konkretne pytania kliniczne. Przykładowo u pacjenta po udarze można połączyć: 
Rivermead Motor Assessment – ocena możliwości motorycznych,  Berg Balance Scale – ocena równowagi, 10-Meter Walk Test – ocena prędkości chodu, Timed Up and Go – ocena mobilności i ryzyka upadku (dla mnie numer 1 przy ocenie możliwości pacjenta poruszającego się).  
Takie zestawienie pozwala uzyskać szeroki obraz funkcjonowania bez nadmiernego obciążania chorego. 

Ale…. skale nie zastępują myślenia klinicznego!!! 
To chyba najważniejszy wniosek. Żadna skala nie powie terapeucie, dlaczego pacjent wykonuje ruch w określony sposób, jakie mechanizmy kompensacyjne wykorzystuje, które ograniczenie jest pierwotne, jak zaplanować terapię.  
Odpowiedzi na te pytania daje dopiero analiza ruchu, znajomość neurofizjologii, biomechaniki i doświadczenie kliniczne. 

Skala jest jedynie narzędziem pomiarowym. Pokazuje co się zmieniło, ale nie wyjaśnia dlaczego doszło do tej zmiany. 

Co mówi Evidence-Based Medicine? 

Badania naukowe jednoznacznie wskazują, że stosowanie zwalidowanych narzędzi oceny: zwiększa wiarygodność procesu terapeutycznego, ułatwia monitorowanie postępów, poprawia komunikację w zespole interdyscyplinarnym, wspiera podejmowanie decyzji klinicznych, umożliwia porównywanie wyników z publikacjami naukowymi.  
Jednocześnie doświadczenie w pracy z pacjentem pokazuje, że stosowanie mierzalnych skal poprawia nasza wiarygodność, pomaga w podejmowaniu „trudnych” decyzji i motywuje podopiecznych.
Jednocześnie autorzy licznych przeglądów systematycznych podkreślają, że wybór narzędzia powinien być dostosowany do celu badania, populacji pacjentów oraz etapu rehabilitacji. Nie istnieje jedna „najlepsza” skala dla wszystkich sytuacji klinicznych. 

Podsumowanie 

Skale wykorzystywane w fizjoterapii nie są jedynie formularzami do wypełnienia. To narzędzia, które pozwalają przełożyć obserwacje kliniczne na obiektywne dane, monitorować efekty leczenia i prowadzić terapię zgodnie z zasadami Evidence-Based Medicine. 
Jednak nawet najlepiej zwalidowany test nie zastąpi myślenia klinicznego. Liczby mają wartość tylko wtedy, gdy potrafimy je właściwie zinterpretować i odnieść do problemów funkcjonalnych konkretnego pacjenta. Dobry fizjoterapeuta nie wybiera skali dlatego, że jest popularna, lecz dlatego, że pomaga odpowiedzieć na pytanie istotne dla procesu terapeutycznego. 

Wybrane piśmiennictwo (EBM) 

  1. Tyson SF, Connell LA. The psychometric properties and clinical utility of measures of walking and mobility in neurological conditions: a systematic review. Clin Rehabil. 2009.  
  1. Blum L, Korner-Bitensky N. Usefulness of the Berg Balance Scale in stroke rehabilitation: a systematic review. Phys Ther. 2008.  
  1. Collen FM, Wade DT, Robb GF, Bradshaw CM. The Rivermead Mobility Index: a further development of the Rivermead Motor Assessment. Int Disabil Stud. 1991.  
  1. Hsieh CL, Hsueh IP, Mao HF. Validity and responsiveness of the Rivermead Motor Assessment in stroke rehabilitation. Stroke. 2000.  
  1. Bohannon RW. Comfortable and maximum walking speed of adults aged 20–79 years: reference values and determinants. Age Ageing. 1997.  
  1. Podsiadlo D, Richardson S. The Timed „Up & Go”: a test of basic functional mobility for frail elderly persons. J Am Geriatr Soc. 1991.  
  1. Bohannon RW, Smith MB. Interrater reliability of a Modified Ashworth Scale of muscle spasticity. Phys Ther. 1987.  
  1. Finch E, Brooks D, Stratford PW, Mayo NE. Physical Rehabilitation Outcome Measures. 2nd ed. Lippincott Williams & Wilkins. 2002. 

„Treat the impairment, not the exercise”, czyli lecz dysfunkcję, nie ćwiczenie

Każdy pacjent poudarowy to inna „mapa” uszkodzeń – dlaczego więc wciąż szukamy sztywnych schematów ćwiczeń? 

Gdybyśmy wykonali rezonans magnetyczny u stu osób po udarze, prawdopodobnie nie znaleźlibyśmy dwóch identycznych obrazów uszkodzenia. A jeśli na zdjęcie nałożymy jeszcze obraz kliniczny (czyli to, jak pacjent radzi sobie z uszkodzeniem), to okaże się, że trudno znaleźć jeden prosty schemat. W głowie: inna lokalizacja, inna wielkość ogniska, inna sieć połączeń, która została przerwana. Do tego dochodzą różnice w wieku, chorobach współistniejących, rezerwie poznawczej, poziomie aktywności sprzed udaru, motywacji czy wsparciu społecznym. 
A mimo to bardzo często słyszymy pytanie: 
“Jakie ćwiczenia robić z pacjentem po udarze?” 
To pytanie wydaje się logiczne. Problem polega na tym, że w neurologii nie mamy prostych odpowiedzi i w zasadzie za każdym razem pada magiczne “to zależy” 

Nie ma jednego programu dla wszystkich.
W neurorehabilitacji od lat odchodzimy od myślenia, że istnieje uniwersalny zestaw ćwiczeń „dla pacjenta po udarze”, bo nie istnieje taki typowy, modelowy pacjent, do którego moglibyśmy się odwołać. Nowoczesna fizjoterapia neurologiczna to interwencje, które uwzględniając możliwości i ograniczenia pacjenta z uszkodzonym układem nerwowym są: 

  • ukierunkowane na konkretny cel funkcjonalny,  
  • intensywne,  
  • oparte na aktywnym udziale pacjenta,  
  • wielokrotnie powtarzane,  
  • odpowiednio trudne (czyli stanowią angażujące wyzwanie, ale nie powodują patologicznych wzorców) 

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie IMG_20260228_093823-1024x768.jpg
Nie możemy dać jednej, prostej odpowiedzi, dlatego spotykamy się i rozmawiamy o tym, jak podejmujemy decyzje kliniczne

Zwróć uwagę, że nie ma schematu postępowania, informacji, że pacjent powinien wykonywać „ćwiczenie numer 7”, „protokół X” albo „zestaw ćwiczeń na kończynę górną”, ani popularnych ostatnio “10 niezawodnych ćwiczeń, które musisz robić, żeby (tu wstaw swój problem ruchowy)”. 
Dzieje się tak, bo mózg nie uczy się konkretnych ćwiczeń. Mózg uczy się rozwiązywać problemy ruchowe. I tak musi być zaprogramowana terapia.  
Jeśli pomyślimy o 10 pacjentach z zaburzeniami funkcji chwytnej, to każdy z nich będzie się mierzył z innym rodzajem wyzwań. I nasza interwencja właśnie tak powinna być zaplanowana – zorientowana na problem konkretnej osoby  

Pacjent nie ma problemu z wykonaniem ćwiczenia. Ma problem z fizjologią. 

W rozmowach z pacjentami i ich rodzinami lubię porównywać sytuację do samochodu, któremu nic się nie stało, tyle tylko, że kierowca poszedł na kawę i póki co nie wrócił (jest to oczywiście ogromne uproszczenie, ale moi rozmówcy nie oczekują przecież wykładu na temat patoneurofizjologii na poziomie akademickim. Mają zrozumieć istotę problemu). Takie porównanie pokazuje, że poprawa w strukturze niekoniecznie może rozwiązać trudność, bo dochodzą jeszcze kłopoty z zarządzaniem swoim własnym ciałem.   

To jest chyba największa zmiana myślenia, która dokonuje się wraz z rozwojem neurorehabilitacji. Pacjent nie przychodzi do gabinetu dlatego, że nie potrafi wykonać konkretnego ćwiczenia, tylko dlatego, że doszło do zaburzenia funkcjonowania układu nerwowego. 

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie IMG_20260228_140921-576x1024.jpg

Może mieć: 

  • zaburzoną selektywną aktywację mięśni,  
  • nieprawidłowe skalowanie siły,  
  • ograniczoną zdolność generowania momentu siły,  
  • zaburzenia integracji sensorycznej,  
  • deficyty kontroli posturalnej,  
  • nieefektywne strategie równowagi,  
  • osłabione przewidywanie ruchu,  
  • problemy z planowaniem motorycznym,  
  • zmniejszoną zdolność do uczenia motorycznego.  

To wszystko to efekt uszkodzenia wstępującego (czucie) i zstępującego (pętle motoryczne) układu nerwowego i/lub struktur odpowiedzialnych za integrację jednego z drugim. 

Ćwiczenie samo w sobie nie jest rozwiązaniem, jest jedynie narzędziem, które ma wpłynąć na konkretny mechanizm. 

Szukaj odpowiedzi w fizjologii, nie w atlasie ćwiczeń 

To dla wielu może być prowokacyjne.Ale warto zadać sobie pytanie: 
Dlaczego wybieram właśnie to ćwiczenie? Co chcę nim osiągnąć? 
Bo ktoś pokazał je na kursie?  
Bo zawsze działa/bo u kogoś z podobnym objawem zadziałało? 
Bo jest modne? 
Czy może jednak dlatego, że rozumiem, jaki proces neurofizjologiczny chcę dzięki niemu uruchomić? 

Jeżeli pacjent ma problem z generowaniem odpowiedniej reakcji podporowej, to celem terapii nie jest wykonanie konkretnego wzorca ruchowego. 
Celem jest stworzenie takich warunków, aby układ nerwowy miał możliwość ponownego nauczenia się efektywnego generowania tej reakcji
Jeżeli pacjent ma zaburzoną kontrolę środka ciężkości, nie szukam kolejnego ćwiczenia z Internetu. 
Szukam bodźców, które wymuszą adaptację właśnie tego mechanizmu. 
To zupełnie inny sposób myślenia. 
Wymaga prób, obserwacji i krytycznego spojrzenia na moje własne pomysły. 

Atlas ćwiczeń nie podejmuje decyzji klinicznych. 

To prawda, ale atlas ćwiczeń może być świetnym źródłem inspiracji. Jeśli uzupełnia rozumowanie kliniczne, wszystko jest w porządku. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczyna je zastępować. 
 EBM nie mówi, jakie ćwiczenie wybrać. Mówi, czym się kierować podejmując decyzje.To bardzo ważne rozróżnienie. Evidence-Based Medicine nie jest katalogiem gotowych odpowiedzi. Łączy trzy elementy:

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie IMG_20260301_092526-576x1024.jpg
  • najlepsze dostępne dowody naukowe,
  • doświadczenie kliniczne terapeuty,  
  • wartości, cele i możliwości konkretnego pacjenta.  

Badania, z których korzystamy podczas codziennej pracy rzadko odpowiadają na pytanie: 
„Jakie ćwiczenie zrobić?” 
Znacznie częściej odpowiadają: 
„Jakie zasady uczenia motorycznego zwiększają skuteczność terapii?” 
“Jaką intensywność warto osiągnąć?” 
„Jaką rolę odgrywa specyficzność zadania?” 
„Dlaczego aktywny udział pacjenta jest ważniejszy niż bierne prowadzenie ruchu?” 

To właśnie te odpowiedzi powinny kierować naszym wyborem zadań. 

Dobry terapeuta nie kolekcjonuje ćwiczeń. Kolekcjonuje mechanizmy. 

Im większą wiedzę mamy z zakresu neurofizjologii, biomechaniki i kontroli motorycznej, tym rzadziej zadajemy pytanie: 
„Jakie ćwiczenie zastosować?” 
Zamiast tego pytamy: 

  • Jaki problem ogranicza funkcję tego pacjenta?  
  • Który mechanizm chcę zmienić?  
  • Jakich bodźców potrzebuje układ nerwowy, aby doszło do adaptacji?  
  • Skąd będę wiedzieć, że ta adaptacja rzeczywiście zachodzi?

Ćwiczenie staje się wtedy jedynie środkiem do celu. 

A ponieważ każdy pacjent ma inną „mapę” uszkodzeń i inne ograniczenia, bardzo często również droga do poprawy będzie wyglądała inaczej. 
Właśnie dlatego neurorehabilitacja jest tak fascynująca: nie polega na odtwarzaniu gotowych scenariuszy. Polega na rozumieniu człowieka. 

Po więcej wiedzy zapraszam do spotkania na żywo, informacje znajdziecie w zakładce “Warsztaty”